Zdemaskowana

Osobiście | 13 Paź 2010

Antydepresyjny imbryczek od mamusi, zachód słońca.
Ból głowy, gardła i brzucha na przemian.
Miałam tyle na głowie, że Wujek Chaos-Pracoholik już łypał na mnie spod biurka.
Miałam tyle na głowie, że tylko kawałek papieru pt. “do zrobienia” trzymał ją na właściwym miejscu.
Mieliśmy tyle na głowie, że musiałam się rozchorować. Czynniki takie jak zimno to bzdura. Wiadomo, że chodzi o mój niedosyt uwagi: świata, Twojej, a zwłaszcza mojej własnej.
Z oddawaniem krwi też chodzi o to. Żeby ktoś miło uśmiechnął się do dobroczyńcy, dał czekoladę i przez chwilę potraktował wyjątkowo.
I zbadał.
Przecież nie wiadomo, czy nie mam niedoborów. Tak słabo się czasem czuję.
Przecież nie wiadomo, czy nie mam depresji. Tak słabo się czasem czuję.
Ale co byłoby diagnozą, a co użalaniem? Co lekiem a co placebo? Jakie cuda ma w menu psycholog i czy nie lepszy jest bezpłatny przyjaciel?
(…)
*
Eagles of Death Metal - moje niedawne odkrycie. Stoner rock’n'roll. Dźwięk genialnego tripa.
Tak kiczowaci, że nie sposób ich nie uwielbiać.
I po depresze.

Ę? | 23 Sie 2010

Czy to przypadek, że najbardziej twórczy okres w moim życiu przypadał wtedy, kiedy moje biurko stało naprzeciwko okna?
Nad ekranem obłoki zamiast bieli ścian…

Poddajcie to badaniom.

*
A za każdym razem, kiedy pod lawiną decyzji do podjęcia załamuję ręce i oświadczam: nie wiem; zawsze, kiedy chce mi się płakać (i płaczę, a co), umiera jedna mała świetlista Wróżka-Oleńka.

Paul Auster - “The Book of Illusions”

Bibliotecznie | 6 Kwi 2010

Przychodzi taki moment, kiedy patrząc na przepływające przed oczami strony o błyskawicznie inkrementujących numerach, nie ma się ochoty pozwolić im umknąć. Co zrobić, żeby nie zapominać? Odkurzyć pióro i zrecenzować! Zatem…

Co my tu mamy?
Paul Auster - “The Book of Illusions”, wyd. Faber, 2002. 318 stron.
[istnieje polski przekład: "Księga Złudzeń"]
Przyczyna otwarcia?
Zasłyszane nazwisko. Spontaniczny strzał z bibliotecznej półki.

Człowiek ma wiele żyć, jedno po drugim…
Co może się zdarzyć w opowieści, której narrator wydaje się mieć życie za sobą? David Zimmer po rodzinnej tragedii wycofał się w cień swojego gabinetu i zatracił w pracy - nad studium zapomnianych, niemych filmów. Książka, z którą nie wiązał żadnych nadziei, ten osobisty hołd za pierwszy uśmiech rozbitka, okazuje się leżeć u progu jego reinkarnacji.

Co się może zdarzyć? Nieważne. Auster nie potrzebuje wartkiej, sensacyjnej akcji, by przykuć do wygodnego fotela na długie godziny. Piórem książkowego profesora-literata nadaje czar prozaicznym gestom. Wplata rozległe retrospekcje i pomysły na filmy, które chciałoby się obejrzeć. Tworzy subtelną, intrygującą aurę.

Choć wiele w tej książce śmierci, udaje się uniknąć przytłoczenia czytelnika żałobą. Zamiast tego jesteśmy świadkami stopniowego zrzucania bagażu traum. Znajdą się też, może odrobinę przesadzone, sceny ocierania się o szaleństwo (jak choćby spotkanie Davida i Almy). Ta lekkość życiowej gry potęguje jeszcze atmosferę iluzoryczności.

Lektura “The book of Illusions” należała do przyjemnych doznań (nie tylko jako myślowa ewakuacja z nudniej lekcji). Mogę ją z czystym sumieniem polecić. A sama szykuję się na kolejne spotkanie z Paulem Austerem. Może już niedługo…

Paralizator

Osobiście | 4 Kwi 2010

Moje mieszkanie wypełnia tymczasowość.
Mój umysł wypełnia to, czego w mieszkaniu jeszcze nie ma.
Po biurku poniewiera się to, co było chwilę temu i co będzie za chwilę.
Gdzie mam rozłożyć czystą kartkę?

Narysowałabym na niej tamtą panią, którą to chciałabym się stać.
(…)

Kiedy wydostanę się spod sterty przyszłych zmian, zacznę portret Doriana

Jak ci, co modlą się o dzień, kiedy nadejdzie już wszystko, co nadejść ma. Mają nadzieję ożyć. Wieczność za wszystkie zmarnowane godziny.
Mamy ręce przygniecione. To nie-wiadomo-kiedy niesamowitym magnetyzmem przyciąga inne plany.

Moje mieszkianie jest już skażone prokrastynacją.
Obym kiedyś zdołała ją wywietrzyć.

Musiałaś się poczuć…

Osobiście | 23 Lu 2010

…Zupełnie jak wtedy, kiedy zobaczyłaś mnie na krawędzi balkonu. Mnie z piłką i dzieciaki, do których rzucałam, na dole. Pierwsze piętro, niżej beton. Bez barierki. Nie wolno mi było tu wchodzić.

Beztrosko się bawiłam, Ty panicznie bałaś. Bałaś się za nas dwie. Ja przecież uważałam, zostawał cały krok…

Była wiosna. A może po prostu wiosna życia. Było dawno. Wyszłaś po zakupy, zostawiłaś mnie samą, zamkniętą w domu. A oni chcieli się bawić.
Ryzyko małe. Stawka ogromna.

Teraz. Nic juz nie jest dosłowne. Teraz jest teraz i żałujesz, że nie zamykałaś przede mną drzwi. Że spuściłaś mnie z oka.
Ostrożność to niekoniecznie patrzenie przez szybę.
Teraz to ja żałowałam, że wiesz.
“…niech się babcia cieszy.”
Nie babcia.
Niby rozumiem. Nie wiem, dlaczego się aż tak bałaś.

eof.

Osobiście | 18 Cze 2009

Nasza cywilizacja każe smucić się, kiedy kończy się coś pięknego. Dlaczego?

Postaci schodzą ze sceny. I cóż, że bez ukłonu. Publiczność ogarnięta katharsis bije brawo, po czym w milczeniu rozchodzi się ulicami. Gasną światła. Koniec.
lajf

Dziękuj. Nie proś. Nie oczekuj.

Folia bąbelkowa w profilaktyce stanów depresyjnych

Osobiście | 31 Ma 2009

Uzależnienie bez działania receptorów o skomplikowanych nazwach.
“Poświęcę wszystko…” - tylko co to “wszystko” jest warte?
Każda najmniejsza nadzieja na dawkę “szaleństwa” tak jest pożądana, że chwytam się jej zębami i pazurami. A kolejni bohaterowie kończą podrapani. Słuszne są ich zarzuty.

Jedyny raz, kiedy ją naprawdę zrozumiałam - gdy wahała się nad nierozsądną decyzją.

Uzewnętrznij się inaczej…

Maski. Kajdany. Szyny: dom-szkoła-dom.
“Zburzyć mur!”
Wolność przez chemię.
Wolność przez zdziecinnienie albo ekscentryzm.
Wolność przez odcięcie.
A jakoś… lepiej?
Za dużo namieszałam, nie umiem już tam trafić.

‘coś’, ‘coś’ i ‘coś’, czyli renesans czytelniczy ze znakiem zapytania

Osobiście | 27 Ma 2009

Oto jest jak za starych, dobrych czasów, kiedy to nie trzeba było wiele, żeby się dać zachwycić - wystarczyło coś głębszego od “Pamiętnika trzynastolatki”. Można się było poczuć czytelnikiem wyjątkowym, bo “Kroniki wampirze”, nie ojoopierwszamiłość.
Na kanapie, z książką i kubkiem w ręku - godziny najdłuższego w tygodniu popołudnia upływają beztrosko i niezauważenie, a ja czuję, jak zostaje we mnie więcej niż kolejna porcja herbaty. Nareszcie trafiłam.
Najwyraźniej dziedziczny “humanizm” można dowolnie uśpić zadankami i stawaniem się skierowanym w przeciwną stronę, lecz wyplenić go się nie da. Tylko co z tego, skoro ekstrakt z treści potrafi się skompresować do jakże uniwersalnego - i jak mawiano w szkole podstawowej: nieistniejącego - określenia “fajne”, a wzniosłe wnioski są skazane na gnicie w zasnutym pajęczynami magazynie gdzieś na dnie płata skroniowego. Martwa roślinka użyźnia glebę.
Nic w tym niezwykłego, jeśli czytam w przeświadczeniu, że nadrabiam, że dawno powinnam to znać i że jestem krok za. (Zresztą czego ja ostatnio nie robię w tym przeświadczeniu?) Lista dzieł i nazwisk jest za długa, żeby pozwolić sobie na losowy wybór okładki z półki, zmarnowanie iluś godzin, żeby wreszcie przypadkiem odkryć coś godnego uwagi.
Tak się objawia paraliż.

Mów II / She’s lost control

Uncategorized | 12 Mar 2009

Słowa stają w gardle, aż trudniej oddychać. Myśli rozbiegają się na wszystkie strony.
Niewyspanie, wyłączony umysł.
Praca domowa i prace domowe. Och, jacy magiczni możecie być, kiedy wszystko robią za was.
Co się stało? Dawniej było tak… Stabilnie.
Ciekawe, czy znów można się bać horrorów, jak wtedy, gdy się miało o połowę mniej lat.
Chodź ze mną i zapal światło.

…I wybaw nas, Panie, od odpowiedzialności.

Mów.

Lirycznie | 14 Sty 2009

Przerwy między wierszami bywają za

długie. Białe przepaści spekulacji i niedomowień. Tam

można często wyczytać dziwne rzeczy.

Znów siedemnaście..

Dalej »

Powered by WordPress | Oparte na motywie Roy'a Tanck'a. Tłumaczenia dokonał Polski Blogger dla Polski support WordPress | RSS | Atom